Powrót

przez Ewelina

Parę dni temu wróciłam do siebie. Co to oznacza? Otóż niektórzy nazywają to odzyskaniem równowagi, a ja po prostu powrotem do siebie.

Wzięłam urlop, by spędzić go na kursie medytacji zwanym Vipassana. To był mój drugi raz i sama nie wiem, który był trudniejszy, ale ten ostatni na pewno był dla mnie wyzwaniem. Z Vipassaną jest tak (a na pewno u mnie), że bardzo szybko zapomina się o trudzie i żyje się zmianą, nowym, równowagą.

To były bogate dni. Bogate w ciszę, w kontakt ze sobą, w poznawanie, rozpoznawanie, przepracowywanie… I pomyśleć, że tyle się dzieje, pomimo, że fizycznie praktycznie przez 10 godzin dziennie pozostaje się w bezruchu. To właśnie ten bezruch i milczenie zbliżają nas do samych siebie.

W trakcie tych 10 dni kursu pełniej zrozumiałam i doświadczyłam jak wszystko jest ulotne. O tym się słyszy, czyta, ale szczerze, rzadko udaje mi się temu przyglądać. Medytacja daje na to przestrzeń. Pozawala także doświadczać różnych doznań (oczywiście przemijających doznań 🙂 i tego, że tak naprawdę to nasze nazywanie ich, interpretowanie i porównywanie sprawia, że cierpimy.

Wyczekując Vipassany, dużo rozmyślałam o zmianie i jakoś na dzień przed rozpoczęciem kursu pojawiło mi się w głowie pytanie „czy kwiaty cierpią, gdy rozkwitają?” Przez pierwsze dni, gdy dreptałam i rozmyślałam, obserwowałam naturę ,próbowałam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Dopiero po powrocie dostałam odpowiedź, jakże zgodną z filozofią Vipassany, że… no właśnie. Natura nie cierpi, bo rozwija się po prostu, bez patrzenia na innych, bez porównywania się, bez zastanawiania się czy dane doznanie to deszcz, czy oderwany liść…

Gdybyśmy tak pozwolili sobie po prostu być, jak Natura. Być obok siebie i ze sobą jednocześnie. Bez oczekiwań, bez szufladkowania, oceniania. Czerpać ze wszystkiego, co nas otacza, i oddawać swoje piękno takim, jakim się jest. Bo to w zupełności wystarczy.

 

Oby wszystkie Istoty były szczęśliwe.